Maczo po szanghajsku


Przeciętny Chińczyk rodzaju męskiego uważa się za stuprocentowego samca. Ociekające męskością metr sześćdziesiat dwa chłopa, pięćdziesiat trzy kilo żywego testosteronu. Gdy siada, to koniecznie w wielkim rozkroku aby nie było wątpliwości, co ma między nogami. Z kieszeni nonszalancko rozchełstanej koszuli opinającej nieowłosioną, ale jakże dumnie wypiętą klatkę piersiową, wyciaga papierosa. Jak prawdziwy twardziel – bez filtra. Pali i pogardliwym wzrokiem obrzuca okolicę. I na wypadek, gdyby ktoś jeszcze wątpił, że ma do czynienia z megasamcem, charka przeciągle i głośno spluwa na ulicę.

Młode pokolenie twardzieli

W państwie środka panuje szowinizm i kult męskiego potomka. Facet nic nie musi. Facetowi wszystko wolno. Facet ma przywilej przebimbywania całych dni na grze w karty. Facet ma zawsze rację. Dlatego fajnie jest urodzić się tutaj facetem. No, chyba że urodzisz się w Szanghaju.

Chińscy maczo przy ulicznej grze w karty

W Szanghaju rządzą kobiety. Mężczyźnom wolno mieszkać w tym mieście tylko po to, by umilać życie swoim paniom. Ktoś musi przecież zarobić na te wszystkie markowe torby, karnety w salonach piękności i wakacje w tropikach. Nie wspominajmy o mieszkaniu i samochodzie, bo posiadanie ich przez kandydata na męża to oczywista oczywistość. Shanghai ladies, jak nazywa się tamtejsze damulki, są piękne, zadbane, luksusowe. I niezwykle wymagające.

Zdarzyło wam się kiedyś zaszaleć z zakupami doprowadzając domową kasę do rujnacji tydzień po wypłacie? Znacie uczucie oczekiwania na to, co nieuniknione: szok w oczach i mówiąc delikatnie, reprymendę z ust męża?

No więc w Szanghaju świat wygląda nieco inaczej. Nie ukrywajmy: lepiej. Jeśli przed końcem miesiąca nie ma środków na koncie, winny zawsze jest facet. Jak wyjaśniła mi znajoma Chinka, brak pieniędzy na koncie z kobietą nie ma nic wspólnego. On nie oznacza, że żona za dużo wydała, lecz że mąż za mało zarobił. To nie ona powinna dostosować wydatki do zarobków lecz mąż zarobić tyle, ile ona chce wydać. I love it!

Ale pieniądze to nie wszystko. Zarobić na dom to jedno, ale zająć się nim to drugie. Przecież szanghajskie księżniczki stworzone są do znacznie wyższych celów i pracami domowymi się nie hańbią. Dlatego od kilku pokoleń gotowaniem i sprzątaniem domu w Szanghaju zwykle zajmują się mężczyźni. Dacie wiarę?! Rano lecą do pracy, po pracy na fuchę aby dorobić na nowe cekinowe szpilki, a w drodze do domu do spożywczaka po produkty na kolacje. Ugotować, sprzątnąć, skomplementować świeżo zakupioną kieckę ukochanej i już wolno mu udać się na spoczynek.

Możnaby pomyśleć, że skoro faceci przejmują kobiece obowiązki, to kobiety są bardziej męskie. Nic bardziej mylnego. Bo mężczyźni wcale nie ZAMIENILI się z kobietami na role, oni tylko PRZEJĘLI ich obowiązki, dodatkowo do swoich. I tak na przykład noszą za swoimi paniami nie tylko ciężkie zakupy, ale też i podręczne torebki. A więc Chińczyk z babską torebką to nie gej. A nawet wręcz przeciwnie.

Pan z torebką to prawdziwy mężczyzna

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Jak zbojkotować Walentynki w supermarkecie


Wczoraj rano w supermarkecie za rogiem czekał na mnie szok. Co drugi wózek pchany był przez silne, męskie ramiona a przecież zwykle spotykam tam tylko emerytów i kury domowe z tłustymi kucykami na głowie. Jak ja.

Jasne, że w naszym sklepie zdarzają się faceci. Oddają zwykle pozbierane na ulicy butelki i zamieniają je na piwo i parówki. Czasem młodzi studenci robią tu przed weekendem zapasy w postaci paczki fajek i pizzy. (Wiem, bo zawsze zaglądam do koszyków. Ten wstrętny, niekulturalny zwyczaj przywiozłam do Niemiec z Chin, niestety. Daj Boże kiedyś się tego oduczę, ale narazie bez żenady prześwietlam każdy napotkany koszyk sklepowy i naprawdę wiem, co schodzi w piątek po południu w naszym markecie.).

Z dzisiejszego (niezapowiedzianego) nalotu mężczyzn w kwiecie wieku na nasz sklepik wyciągnęłam dwa wnioski. Po pierwsze, trzeba będzie się zacząć malować wyskakując po bułki. Po drugie: dzisiaj są Walentynki!

W wózkach facetów robiących zakupy znalazły się dziś dziwne rzeczy. Służące przygotowaniu romantycznej kolacji. Piwko, i owszem, ale do tego dwie butelki czerwonego wina. I strasznie dużo zielska, chyba sałatkę dla swojej królewny będzie robił. A tamten pan upiecze kurczaka. I czekoladki kupił, łee, idzie na łatwiznę. A ten, co się rozpakowuję przede mną, robi chyba trzydaniową kolację. W dodatku jogurt kupił i kawę. Czyli liczy na kolację ze śniadaniem. Optymista.

Ech, gdzie te czasy kiedy można było olać Walentynki, bo się było w Chinach. Chińczyki twierdzą, że amerykańskich Walentynek nie obchodzą. Od czego mają swoje własne święto zakochanych, siódmego dnia siódmego miesiąca kalendarza księżycowego? Spróbuj jednak zarezerwować czternastego lutego stolik z widokiem na rzekę w jakiejś modnej restauracji. Stolika najpewniej nie będzie, a nawet jak będzie, to raczej z widokiem na znudzone chińskie pary, a nie rzekę. Zamówią najdroższe danie, i każde z nich zacznie się bawić swoim telefonem. Będą robić zdjęcia, najchętniej sobie i jedzeniu, i od razu wrzucać je do internetu do wglądu dla świata. I dobrze, pięknem wyszykowanej na tę okazję dziewczyny i gestem chojnego chłopaka należy się dzielić.

Tak więc od czterech lat żyję w przekonaniu, że jedynym sposobem na przeżycie Walentynek jest ich ignorowanie. Rzucam więc pełne politowania spojrzenie zestresowanym pchaczom wózków walentynkowych. Romantycznie kupuję papier toaletowy, i wracam do domu.

Wysłane z iPada

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

11.11


Pewnie o tym nie wiecie, ale jedenastego listopada Chińczyki również celebrują. Jak nietrudno się domyślić, nie chodzi jednak o nasz polski Dzień Niepodległości. Mają własne święto. Święto, które nie jest dniem ustawowo wolnym od pracy. A jednak co niektórzy mężowie biorą sobie dzień wolnego od pracy. Bo muszą zająć się swoimi żonami.

Nie, jedenasty listopada to nie chińskie Walentynki. Ani Dzień Kobiet. Mężowie zajmują się żonami nie po to, aby je rozpieszczać, a wręcz przeciwnie. Zabawiają je, aby nie zbankrutować. Jest to bowiem dzień, w którym sklepy internetowe oferują 50 procent rabatu na prawie wszystko.

Tak naprawdę, jedenasty listopada to Święto Singla. Cztery samotne jedynki w dacie nie mogły ujść uwadze mających bzika na punkcie cyfrowych przesądów Chińczykom. Kiedyś święto starych kawalerów, panów, którym jeszcze nie udało się znaleźć żonki, choć już dawno powinni. Teraz obchodzone jest przez każdego, kto nie ma drugiej połówki, bez względu na płeć i wiek. Aby singlom poprawić nieco nastrój, największy internetowy dom aukcyjny, Taobao, oferuje wielkie zniżki na ciuchy, buty, elektronikę, meble, wszystko. Skoro nie masz miłości, to chociaż torbę sobie kup. Akcja rozpoczyna się o godzinie 00:00 i trwa do wyczerpania zapasów, zapewniając łowcom okazji wspaniałości za grosik oraz nieprzespaną noc. No bo jak tu iść spać, kiedy w internecie czeka zakupowa rozpusta?!

Obchody Dnia Singla w najlepszym przypadku kończą się worami pod oczami z powodu niewyspania. W najgorszym – opróżnieniem konta i strajkiem karty kredytowej. Niektóre panie spędzają cały dzień przed komputerem, napychając wirtualne koszyki czym się da, bez umiaru, bez sensu, bez końca. Podobno przerażeni właściciele takich żon biorą wtedy dzień by złowrogim posapywaniem zza pleców pogromić żoniny apetyt. Albo by zapełnić ich wspólny wolny dzień czymkolwiek, co odciągnie zakupoholiczkę od komputera.

Ten sposób jest jednak trochę męczący i lekko passe. Obecnie mający trochę oleju w głowie panowie wstają wcześniej od żony. Potajemnie dostają się do jej komputera, wchodzą na Taobao i pod loginiem żony trzykrotnie wpisują niepoprawnie hasło. Konto zostaje zablowane, bankowe oszczędności uchodzą z życiem, a żona spędza cały dzień na próbach dodzwonienia się do biura pomocy technicznej Taobao. I niech mi ktoś powie, że to nie jest pomysłowy naród.

Taobao – znajdziesz tu wszystko. Od wielbłądów po buraki.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czego nie wiecie o chińskich pociągach


Mam wielkie szczęście: żaden z trzech współpasażerów w moim przedziale nie chrapie. Nie charka i nie wygrzebuje brudu zza paznokci, a nawet nie pali. To wielkie wyróżnienie, myślę sobie, wspominając dziką masę rozmaitych ludzi, z którymi czekałam na przyjazd pociągu przy bramce 9A. Tak, na bramce w poczekalni, bo na chińskie pociągi zwykle nie czeka się na peronie.

Chińskich dworców my Polacy możemy tylko pozazdrościć. Zbudowane jak lotniska, przestronne, nowoczesne, wyposażone w schody ruchome, windy i Starbucksy. Podróżni czekają na pociąg w ponumerowanych poczekalniach, skąd po okazaniu biletu wpuszcza ich się na peron, i to dopiero, gdy pociąg opuścili już wysiadający. Każdy, kto choć raz przejechał się szanghajskim metrem, wie dlaczego. Oczami wyobraźni już widzę nagłówki gazet typu: „Ranni zadeptani na szanghajskim dworcu odwiezieni do szpitali” albo „Trzylatek startowany przy wysiadaniu z pośpiesznego relacji Szanghaj – Pekin”. Ze względu na zamiłowanie Chińczyków do przepychania się zawsze i wszędzie, a najbardziej przy wsiadaniu do czegokolwiek, z pewnością nie obyłoby się bez trupów.

Na dworcu w Suzhou

No więc w moim przedziale dzisiaj pełna kulturka. Dziewczyna na przeciwko wygląda sympatycznie, mam zamiar nawiązać z nią rozmowę gdy tylko skończy obgryzanie kurzych nóżek. Bo aktualnie odziana w foliowe rękawiczki, jakich my używamy do farbowania włosów, wyciąga z plastikowego pojemnika kurze pazury, długo i namiętnie wysysa z nich pikantne przyprawy, by na koniec wypluć dokładnie obgryzione małe kostki. Podobno pyszota. Nie wiem, nie próbowałam. Ale nawąchałam się tego w różnych pociągach bo kurze łapki to tutejszy sposób na wałówkę. Już nawet nie robi mi się niedobrze na zapach skóry i odgłos łamanych zębami chrząstek. Normalka.

Pociąg ruszył, czas na piknik! Koleżanki wcinają łapy w pośpiesznym do Szanghaju. Tym razem chyba gęsie?

Panowie zajmujący dwa górne łóżka unikają mojego wzroku, wstydząc się, bojąc lub po prostu ignorując istnienie dziwniej białaski w swoim przedziale. Mają normalne bagaże, walizki i plecaki, żadne z tych gigantycznych ceratowych toreb w kratę lub powiązanych sznurkiem szmacianych tobołków, których tyle widziałam na peronie. Jak dobrze, że zabrakło dla mnie biletu na drugą klasę.

Witamy w wagonie sypialnym

Za każdym razem obawiam się, że trafię na wymiętoloną, brudną pościel, i za każdym razem nie mam racji

Gdy tylko ruszamy z peronu, zaczyna wrzeszczeć głośnik pokładowego radia. Jakaś pani wita wszystkich podróżnych i zapewnia o trosce i oddaniu załogi pociągu. Aby to udowodnić, zabawia nas przez kolejne dwadzieścia minut wymienieniem wszystkich stacji na trasie, opisem otaczających je atrakcji turystycznych, przedstawieniem położenia wagonu jadalnego, wypunktowaniem całego menu dostępnych w pociągu posiłków i napojów, przypomina żeby nie palić, nie przewozić niebezpiecznych przedmiotów i nie pluć, wszystko po to, by pasażerom nie nudziło się w pociągu. Wiadomo, Chińczyk ciszy nie lubi, więc po skończeniu litanii rzeczy zabronionych puszcza głośną muzykę.

Jako że regulator głośności znajduje się nad moim wyrkiem natychmiast rzucam się by wyłączyć to wycie. W połowie susa rozpoznaję w dziarskim marszu hymn Chińskiej Republiki Ludowej, i na sekundę zamieram. Zaglądam w twarze współpasażerów w poszukiwaniu choćby cienia uniesienia – w końcu nie chciałabym wyjść na wroga ludu. I gdy nie znajduję w nich nic poza tępym gapieniem się w telefony – wyłączam.

W zemście za kurze łapki odwijam z papierka kanapki ze śmierdzącym żółtym serem, i lecę po herbatkę. W chińskim pociągu może nie być działającej toalety, ale na pewno będzie kranik z gorącą wodą. Jest to wspaniały wynalazek, pozwalający na zrobienie sobie ciepłego napoju zawsze i wszędzie. Wyciągam przeniesiony termosik, woda, herbaciane liście… Cudo!

Podajnik ciepłej wody – czas na herbatkę!

Gdy z pełnym termosem wracam do przedziału, moi współpasażerowie już śpią. Nic to, że jest dopiero chwila po dziewiętnastej! Azjaci potrafią spać zawsze i wszędzie. Są mistrzami w prędkości zasypiania – w samolocie chrapanie słychać często jeszcze przed startem!

Trzy filmy, pół książki i osiem godzin snu później wygrzebuję się spod pociągowych pieleszy. Nie musiałam nawet ustawiać budzika, bo pani konduktor doskonale wie kto gdzie wysiada i obudzi nas pół godzinki przed stacją. Można więc kimać bezstresowo. Wstaje i machając kosmetyczką idę umyć zęby w wagonowej łazience – to kolejny świetny patent pociągowy. Niezależnie od kibelka, w każdym wagonie sypialnym jest mini – łazienka, pomieszczenie z trzema zlewozmywakami i lustrami. Można tam umyć choćby jabłko bądź wykonać sporą część porannej garderoby. Ułatwia pasażerom jeśli nie życiem to przynajmniej higienę osobistą.

Wracając ze świeżym oddechem natykam się na przenośnego sprzedawcę i przetrzepuję jego wózek w poszukiwaniu śniadania. Pod stosem zupek instant o składzie chemicznym podobnym do Domestosa i suszonego mięsa z różnych części ciała rozmaitych zwierząt znajduję całkiem jadalne ogórki – kolejny hit chińskiej kuchni podróżnej. Bez soli ani pieprzu, zwykły ogóras ze skórką po prostu, ale w towarzystwie kanapki z serem da się zjeść. I do tego banki. Z ogórkiem, bananami i nową herbatką w termosiku wracam do siebie na śniadanie.

Moi współtowarzysze jeszcze śpią (ileż można?!), ale na dźwięk chrupanego ogórka powoli otwierają oczy. Każde z nich po kolei wyciąga instant z zupkę z nudlami w papierowym wiaderku, i gęsiego idą zalać przysmak wrzątkiem. A następnie pałaszują tutejszym zwyczjem głośno siorbiąc przy wciąganiu makaronu. Nie ma to jak wiadro chemii o zapachu wołowych kości na śniadanko.

Zupa na szybko – zdecydowanie na czubku top 10 listy przysmaków podróżnych

Dojechaliśmy! Lekko spóźnieni, ale czymże jest półgodzinny poślizg wobec tysiąca dwustu kilometrów, które właśnie przebylam. Na wygodnym łóżku, w czyściutkiej wyprasowanej pościeli, nawet jednorazowe kapcie były w cenie.

A to tylko „zwykła” kuszetka czteroosobowa, nie taka luksusowa, jaką jechaliśmy ostatnio do Xi’an. Tam dostaliśmy dwuosobowy przedział, z własną szafą, sejfem, wygodnym fotelem i prywatną toaletą! A te superszybkie pociągi do Pekinu? Tysiąc dwieście kilometrów w mniej niż pięć godzin, rozkładane foteke wygodniejsze niż w samolocie, stolik, gniazdko do prądu umożliwiające pracę na laptopie bądź zwykle oglądanie filmów przez całą drogę. W toalecie eleganckie mydełko i balsam na wypadek, gdyby pasażer raczył mieć suchą skórę na rączkach. Stewardesy roznoszące a to herbatkę, a to przekąski, a to lody… Młode i miłe, nie takie toporne konduktorki w rozczłapanych czółenkach i mundurach przesiąkniętych środkiem na mole. I love chińskie pociągi!

Pociąg na bogato – prywatny klopik w dwuosobowym przedziale

Konduktorka w ekspresie Szanghaj – Pekin

A u nas ile godzin się jedzie ze Szczecina do Gdańska?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ze świata pięknych i bogatych


Jak oni to robią? Wszystko w tym lokalu jest takie piękne. Niepowtarzalny taras z widokiem na rozświetloną tysiącami neonów panoramę Szanghaju. W dizajnerskich sofach zapadają się chude tyłki długowłosych Azjatek, pstrykających ze znudzoną miną najnowszymi modelami IPhone’ów. Towarzyszący im mężczyźni przerywają mocno już o tej porze ożywioną rozmowę aby od niechcenia kiwnąć na jednego z wymuskanych kelnerów. Ten za sekundę pojawia się z butelką francuskiego szampana.

Przy barze kilku superszczupłych Francuzów w idealnie skrojonych koszulach sączy wyśmienite drinki. Kątem oka obserwują grupkę podrygujących na parkiecie piękności, sądząc po wzroście i złotych falach na głowie, wschodnioeuropejskich modelek. Po drugiej stronie baru dwie filipińskie (?) dziewczyny, na niebotycznych obcasach i w podejrzanie jak na tę część świata wydekoltowanych sukienkach polują na klientów. Elegancki pan koło pięćdziesiątki, sprawdzający właśnie godzinę na markowym zegarku zdaje się być dokładnie tym, na co czekały.

Widok z tarasu dla pięknych i bogatych

Aby odetchnąć od tego luksusu idę do łazienki. Czas stania w kolejce wykorzystuję, jak większość towarzyszek niedoli, na przyglądanie się małotacie przy umywalce. Bo jak tu jej się nie przyglądać. Wygląda na o połowę młodszą ode mnie (myślałam, że tu wpuszczają od 21. roku życia?!). Wprawnym ruchem kończy malowanie ust szminką Lancome i wrzuca ją do wyglądającej na niepokojąco prawdziwą torby Chanel. Od czubka idealnie podciętych włosów aż po obcasy butów o charakterystycznych czerwonych podeszwach (zaraz, zaraz, nie widziałam takich na fejkmarkecie?!) wygląda fantastycznie. Nie udaje mi się znaleźć na niej nic brzydkiego, czy choćby nawet niezbyt ładnego. Choć naprawdę bardzo się staram.

Wracam na salę i znajduję naszą paczkę na parkiecie. Nachodzi mnie problem życiowy pod tytułem: czy zamówić cosmopolitana czy mojito? Nagle coś mokrego dotyka mojej stopy. I jeszcze raz. I jeszcze. Czyżby pies mnie polizał? Albo, co gorsza, łazi tu jakiś szczur?

Mocnym aż delikatnym ruchem ktoś odsuwa mnie do tyłu. Odwracam się i z poziomu mojego metra osiemdziesiąt plus obcasy nie widzę nikogo. Patrzę w dół – i wszystko jasne. To nie pies ani szczur, tylko gigantyczny mokry mop. W rękach maluteńkiej pani sprzątającej, która, choć ma nie więcej niż metr czterdzieści pięć wzrostu, przepycha się przez rozbrykany tłum. Do paska ma przyczepiony worek na śmieci, pod pachą kilka pustych butelek. A wzrok wbity w podłogę, aby móc ją zeskanować w poszukiwaniu wyrzuconych niedopałków, zbitego szkła i mokrych plam na parkiecie.

A może nie tylko dlatego? Być może pani sprzątająca nie ma ochoty spoglądać w oczy tych, po których podnosi papierki? Być może czuje się nieswojo w lesie przerośniętych zachodnich ciał, które w jeden wieczór swobodnie przepuszczają tyle, ile jej rodzinie potrzeba na miesiąc? Być może nie chce jej się odwzajemniać uśmiechów wywołanych drinkiem kosztującym tyle, ile ona zarobi tej nocy za kilka godzin czyszczenia podłóg i kibelków?

Gdy cztery lata temu w Szanghaju organizowane było Expo, miasto żyło tylko tym. Na każdym skwerku stała Haibao – niebieska maskotka targów. Sklepy zalane były artukułami z napisem „Shanghai Expo 2010” a wielki zegar na stacji metra na placu ludowym odliczał dni, godziny i minuty do Expo. Znane osobistości co rusz z wielką pompą przecinały wstęgi na otwarcie nowych objektów na wystawę światową. Tu powstaną pawilony na Expo, tu nowe hotele na Expo, tu nowa linia metra (byle zdążyć przed Expo!). W gazetach, w radio, w telewizji dudniono tylko o Expo. Każdy w Chinach czekał na Expo. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Aż do momentu, gdy w telewizji jakaś anglojęzyczna stacja przeprowadziła wywiady z robotnikami na budowach w samym sercu terenu Expo. Pytano, czy czują dumę z udziału w tak ważnym wydarzeniu.

Niestety, panowie i panie dumy nie odczuwali, raczej wielkie zdziwienie, bo nie rozumieli pytania. Że co? Że Expo? A co to w ogóle jest? Aaa, jakaś wystawa? To te śmieszne budynki co my je budujemy na jakąś wystawę są? Nie, ja się nie wybieram, zresztą wstęp pewnie płatny? Ale za darmo też bym nie poszedł, bo po co? No, chyba, że dawaliby coś do jedzenia. Pani, ja tu do roboty przyjechałem, zięć mówił, że można zarobić.

Byłam co najmniej tak samo zdziwiona, jak pan z budowy. Jak można pracować przy takim wydarzeniu, nic o nim nie wiedząc? Jak można mieszkać, pracować i spać w samym sercu miasta, i nie wiedzieć, co się w nim dzieje?

Wtedy po raz pierwszy odkryłam istnienie w Szanghaju dwóch równoległych światów. Tego ładnego, „oficjalnego”, z dwucyfrowym przyrostem gospodarczym i słuchawkami od I Phona na uszach. I tego zwyczajnego, który z mopem w ręku marzy o lepszej przyszłości dla swoich dzieci.

Niejednemu turyście na widok tutejszych kontrastów zrobi się przykro. Dla Szanghajczyków jest to jednak naturalne. Nie ma tu dzielnic biednych i bogatych, więc przepych i nędza przeplatają się na każdej ulicy. Można więc wybrać się na zakupy w butiku Prady, a potem zaraz obok zjeść obiad za pięć juanów. Rezydencje z marmurowymi podłogami sąsiadują z obdrapanymi ruderami, rozsypujących się z wilgoci i starości. Podczas gdy mieszkańcy tych pierwszych leżąc w jacuzzi we własnej łazience mogą oglądać telewizję, ich sąsiedzi nie mają nawet bieżącej wody.

Czy Chińczyków to boli? Czy biedni nienawidzą bogatych? Czy przeciętnego szanghajczyka trafia szlag na widok kolejnego butiku Prady? Czy taksówkarz ma ochotę wydrapać oczy poganiającego go pogardliwym tonem pasażerowi śpieszącemu się w drodze na samolot na Malediwy, bo on sam może co najwyżej odwiedzić brata w Hangzhou? Na pierwszy rzut oka, wygląda mi to na niezwykle harmonijne społeczeństwo. Nikt się nie awanturuje, nie obraża za swoją biedę, nie prześladuje bogaczy. A co przeciętny człowiek myśli naprawdę? Tego, niestety się nie dowiem.

Obdrapane ulice na tle zachwycających drapaczy chmur

Sklepów dla bogaczy przybywa jak grzybów po deszczu

Ulubione zegarki chińskich nowobogackich

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Gotowi, do startu… Start!


Wtorek, ósma rano. W dziwnie wygiętej pozycji stoję przykejona plecami do tylnej ściany wagonu metra. Z półsnu wyrywa mnie dużo za głośny komunikat: „Następna stacja: Jing’an Temple”. Resztkami przytomności uświadamiam sobie, że muszę wysiąść.

W półśnie otwieram oczy aby zorientować się w sytuacji. Nie jest źle: od wyjścia dzielą mnie jedyne trzy metry i pięćdziesięciu Chińczyków. Zaspana szukam swoich stóp aby je przygotować do ucieczki. Jedna została przygwożdżona walizką przez pasażerkę z prawej. Drugą, choć z braku miejsca jest dziwnie wykręcona, chyba bez problemu uda mi sie wydostać. Ściągam z uszu słuchawki, ich kabel na pewno zahaczyłby się podczas czekającej mnie przepychanki.

Podnoszę oczy na pasażera na mojej jedenastej. Ten, nie spuszczając ze mnie zaciekawionego wzroku, wypuszcza z siebie głośne, przeciągłe ziewnięcie. Prosto mi w nos. Po czterech latach spędzonych w Chinach wiem, ze nie mam co liczyć na zasłonięcie ust ręka. Sądząc po zapachu pan nie umył rano jednak nawet zębów. A swoją drogą, dużo dziur w tych zębach, jak na tak młodego faceta, myśle sobie. Podczas tak nieskrępowanego ziewnięcia miałam wątpliwą przyjemność dokonania dokładnej inwentaryzacji stanu jego uzębienia aż po ósemki.

Ocucona niespodziewanym powiewiem mocno nieświeżego powietrza, ponownie zbieram się do wyjścia. Balansujac na jednej stopie próbuję wetknąć słuchawki do torebki. Nie jest to jednak proste, bo przede mną stoi pan z łupieżem. Wielki, biały łupież osypuje się na ciemną marynarkę przy każdym szarpnięciu pociągu. Mimo wygibasów, nie mogę się schylić by dosięgnąć zaklinowanej na wysokości kolan torebki nie wkładając nosa we włosy łupieżowca. Rezygnuję z dostępu do torby i prowizorycznie wsuwam słuchawki do kieszeni spodni.

Gotowa do startu, szykuję łokcie. O tym, że one nie tylko przysłowiowo, ale NAPRAWDĘ świetnie nadają się do przepychania, przekonałam się w metrze właśnie. Łokcie to idealne narzędzie do rozsuwania ludzi na boki. Zwłaszcza jeśli trzeba sie przecisnąć od tyłu do przodu. Do przeciskania się bokiem lepiej nadają się biodra. Wciskając swoje biodro przed biodro pasażera stojącego obok wspaniale można się przed niego wepchnąć. A potem przed następnego i następnego. Aż do wyjścia. To jedna z wielu wartościowych nauk, jakie wyniosę z Chin.

Zwykły wtorkowy poranek w szanghajskim metrze

Drzwi się otwierają i od razu zaczyna się wojna. Dziki tłum w popłochu próbuje wcisnąć się do metra, nie czekając na wysiadających. Szybkim acz pokracznym ruchem wydobywam stopę spod walizki. Łokciem odsuwam łupieżowca i miejscowym zwyczajem całym ciałem napieram na pasażerkę przede mną, dając w ten sposób jakże dyskretnie do zrozumienia, że chcę wysiąść. Mam szczęście: dziewczyna dziarsko przesuwa się w stronę wyjścia doskonale torując mi drogę. Tuż przy samych drzwiach staje jednak, kurczowo oburącz chwytajac za poręcz przy wyjściu. Najwyraźniej zajmuje pozycję strategiczną aby wysiąść dopiero na następnej stacji. Mądre posunięcie, ale dość egoistyczne, bo bezdusznie tamuje strumień wysiadajacych. Powstaje gigantyczny korek, a ja jestem na jego czele.

Próbuję ominąć zawalidrogę z lewej i z prawej – za każdym razem tłum napierajacy z zewnątrz z powrotem wciska mnie do środka. Nie mam więc innego wyjścia, jak tylko użyć biodra. Rozpędzonym ruchem wypycham dziewczynę z wagonu. Ta broni się nie puszczając poręczy i wydając z siebie lekkie popiskiwania owija sie wokół rury. Nie ma jednak szans z rozwscieczonym tłumem i na fali wysiadajacych „wypływa” na peron jak wyrzucona przez sztorm ryba. Gdy tylko otrząsa się z szoku (trwa to nie dłużej niż sekundę), robi w tył zwrot i natychmiast, głową do przodu, z powrotem wciska się do wypełnionego po brzegu wagonu. „Nawet sobie nie myśl że się tam zmieścisz” – myślę sobię patrząc na pociąg wypchany do granic możliwości. Chociaż… Już nie raz byłam świadkiem, jak do wagonu, gdzie na oko Europejczyka, nie wetknie się już nawet igły, Chińczyk się jeszcze zmieścił.

Gotowi, do startu…. Start!

Rozlega się sygnał zapowiadający zamknięcie drzwi, co dodatkowo podgrzewa atmosferę. Popiskiwania zmieniają się w głośne krzyki. Ostatni ze środka rozpaczliwie usiłują wysiąść, ci z zewnątrz wepchnąć się do środka. Mnie ten sajgon nie dotyczy, już stoję na peronie. „Zimą jednak było łatwiej. W mojej superśliskiej puchowej kurtce wyślizgiwałam się z ludzkiej masy niczym obślizgła żmija. Teraz, latem, przeciskanie się wśród lepkich, spoconych ciał, jest o wiele mniej przyjemne…” Ale co tam, nie mam czasu myśleć o pierdołach. Za chwilę czeka mnie kolejne wyzwanie. Przepychania do schodów, aby wydostać się ze stacji metra…

Jeszcze tylko przepychanka do schodów, potem do bramki biletowej, i już potrzeba przytulania się jest zaspokojona na cały dzień

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mieszkaniowy zawrót głowy


Przeglądając polską prasę przy porannej zielonej herbatce (ostrzegałam: zmandarynizowano mnie!) czytam artykuł o nowych drapaczach chmur w Warszawie. Zlota 44 i Cosmopolitan mają robić wrażenie. Jeszcze nie gotowe, a już są dumą Warszawy. Piszą, że dwadzieścia kilka pięter, że widok na pałac kultury, osiedlowy basen, sauna, siłownia. Marmurowe podłogi, superszybkie windy i konsjerż na portierni. Pełen szał.

Czytam, i w pierwszej chwili zastanawiam się o co chodzi. Dlaczego piszą o tym w gazecie? Ogólnopolskiej?! Czym ta podnieta? Że dwudziestopiętrowe wieżowce? Że basen? Gdzie ten szał? I równie szybko zaczynam mieć wyrzuty sumienia. Jak możesz tak myśleć? Jesteś wstretną, zepsutą kobietą. W d… ci się poprzewracało. Ohyda.

Problem w tym, że Szanghaj pełen jest imponujących budowli. Wieżowiec dwudziestopiętrowy zniknąłby tutaj w gąszczu drapaczy chmur. Nawet zwykłe apartamentowce mieszkalne mają często trzydzieści pięter. Nie wspominając o wypełniających centrum miasta ponadpięćdziesięciopiętrowych biurowcach. Przekraczając ich próg, w ogromnym, przeszklonym holu, każdy czuje się jak ważniak z Wall Street. Najwyższy obecnie budynek w mieście, Shanghai World Financial Centre, ze względu na charakterystyczny kształt zwany „otwieraczem”, ma 492 metrów. Jeśli nie rajcuje was spacer po szklanej podłodze na czubku „otwieracza” na wysokości prawie 500 metrów, polecam drinka na 92. piętrze lub lunch na 87.

Otwieracz i Jin Mao Tower – choć z tej perspektywy trudno w to uwierzyć, otwieracz jest wyższy od Jin Mao

Otwieracz okiem śmiertelnika

Otwieracz jeszczde tylko rok będzie trzymał berło najwyższego budynku w mieście. Będąca właśnie w budowie Shanghai Tower ma mieć ponad 600 metrów

Na dole właśnie zaczęto nakładać szklaną elewacje, a od kilku tygodni szkielet Shanghai Tower jest wyższy od SWFC. Ciekawe, jaki będzie z niej widok, skoro już ze stosunkowo „kurduplastych” wieżowców dookoła ciężarówki na drogach wyglądają jak małe żuczki?!

Imponujące są też osiedla mieszkalne. Szare blokowiska z błotnistą drogą rodem z serialu „Alternatywy 4” to nie Szanghaj. Tu szukając mieszkania można dostać zawrotu głowy. Supernowoczesny apartament z windą wjeżdzającą prosto do mieszkania i widokiem na całe miasto? Ascetyczny salon z bambusowymi ścianami w stylu japońskim? Klatka schodowa rokoko z rzeźbionymi pluszowymi sofami i kryształowym żyrandolem? Albo wąski domek z cegły żywcem wyjęty z londyńskiego osiedla? A może stara willa z ciemnymi chińskimi meblami i klamkami w kształcie smoka? Jest w czym wybierać!

Nowoczesne osiedla w Szanghaju to oazy zieleni

Nowe osiedla są zamknięte i strzeżone, mają przepastne podziemne garaże, a między domami piękny park. Zielona trawa, elegancko przycięte krzewy i drzewa, fontanny i oczka wodne to absulutny standard. Wiele z nich oferuje też własny basen (albo dwa: otwarty i kryty), siłownię, korty tenisowe, salę do gry w pingponga i badmintona, osiedlowy sklep i restauracje, a nawet salon fryzjerski i masażu. Drzwi od klatki też nie trzeba owierać, bo chętnie zrobi to pan portier w białych rękawiczkach. Zamówi też taksówkę lub pomoże w dźwiganiu tobołków. Tylko na wypadek, gdyby personel z osiedlowego sklepiku nie mógł ci ich dostarczyć prosto do domu. A pani z osiedlowego salonu masażu wpadnie wymasować ci stopy w twoim własnym salonie. I jak tu zadbać o to, by nie uderzyła do głowy woda sodowa?

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz